Informacja

sobota, 10.marca.2012, 19:57
Blog zakończony.
Teraz można mnie znaleźć na www.nie-czekolada.blog.onet.pl
nana930 (MAY)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Seria 2: Rozdział 28: "Kocham Cię"

niedziela, 26.lutego.2012, 20:02
-         Przepraszam, że zabieram państwa córkę, ale moi rodzice nie mogą się jej doczekać. Obiecuję, że wrócimy na Sylwestra – słuchałam wyjaśnień Tsvetana, który po raz kolejny przepraszał moich rodziców, że wyjeżdżamy na Święta do Bułgarii.
Zaczynał mnie już śmieszyć, bo moi rodzice nie mieli nic przeciwko, a on po raz kolejny powtarzał słowa przeprosin. W końcu, kiedy znów otwierał usta, nie zważając na obecność rodziców, zamknęłam mu je pocałunkiem. Kilka minut później pożegnaliśmy się z rodzicami i dziadkami, zabraliśmy torby i wyszliśmy przed dom, gdzie postanowiliśmy zaczekać na taksówkę, której światła widzieliśmy w oddali. Cieszyłam się na wyjazd, zwłaszcza, że bardzo polubiłam rodzinę Tsvetana. Czułam się wśród nich równie swobodnie, jak we własnym domu, a oni traktowali mnie jak członka rodziny, chociaż z Tsvetanem nie byliśmy nawet zaręczeni. Spotykaliśmy się jednak wystarczająco długo, by móc powiedzieć, że się znamy, byłam też u niego w Bułgarii kilka razy, przy okazji wyjazdów reprezentacyjnych, kiedy akurat miał okazję wrócić do domu.
W samolocie siedziałam wtulona w ramię Tsvetana, który obejmował mnie przez cały lot, nawet kiedy spał. Na miejscu powitał nas jego tata, który najpierw wyściskał mnie, a później przywitał się z synem. Obaj chwycili nasze bagaże i udaliśmy się do samochodu i domu Tsvetana.
...
Tsvetan w garniturze niezmiernie mi się podobał, a jeszcze bardziej podobał mi się, kiedy pomagał w kuchni. Choć „pomagał” to za dużo powiedziane. Raczej siedział na krześle, czasami coś przeniósł, przyniósł, ale najczęściej podjadał i przeszkadzał. Jego mama na początku jedynie przewracała oczami, ale w końcu straciła cierpliwość i, mokra już, ściereczka do naczyń świsnęła w powietrzu i wylądowała na dłoni Ceco, którą akurat trzymał w jednym z półmisków i podjadał, a raczej, jak to mówił, sprawdzał, czy jest dobre i nie trzeba doprawić. Jako że nigdy nie miałam rodzeństwa, nie miałam też okazji przeżyć świąt, w których dom wypełniony jest mnóstwem ludzi, ani kiedy, tak jak dziś, ktoś wygłupia się w kuchni. Jakkolwiek cudownie było, u mnie nigdy nie było domu wypełnionego ludźmi i śmiechem, jak dziś tutaj.
W końcu przyszedł czas na kolację, która minęła w oka mgnieniu, a po której czułam, że nie zmieszczę się w przywiezione ubrania. Po uprzątnięciu ze stołu każdy zajął się sobą, ale nadal wszyscy byli razem, w jednym pokoju, rozmawiając i śmiejąc się. Uśmiechałam się, patrząc z boku na tych wszystkich szczęśliwych ludzi, na bliskość, jaka była między nimi. Tsvetan podszedł do mnie i wręczył mi maleńkie pudełeczko, przewiązane niebieską kokardką. Otworzyłam je zaciekawiona, co może być w środku, a kiedy moim oczom ukazała się jego zawartość, spojrzałam na Tsvetana, który uśmiechał się do mnie promiennie. Wyjął mi pudełeczko z rąk i uklęknął przede mną na jedno kolano. Hałas, jaki panował w pokoju, natychmiast ucichł i wszyscy skupili się na naszej dwójce. Mnie to jednak nie obchodziło, cały czas wpatrywałam się w Ceco, który właśnie brał głęboki oddech.
-         Natalio, zostaniesz moją żoną? – spytał.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-         Tak – odpowiedziałam po chwili ciszy, której nikt nie ważył się przerwać.
Pierścionek z białym oczkiem powędrował na mój palec, Tsvetan wstał, zamknął mnie w swoich ramionach i pocałował namiętnie na oczach całej rodziny. Zdawał się nie przejmować tym, że wszyscy na nas patrzą, zachowywał się jakbyśmy w pokoju byli sami. Kiedy w końcu oderwał się ode mnie, wszyscy po kolei zaczęli nam gratulować, przechodziłam z rąk do rąk, w tym moja przyszła teściowa uściskała mnie cztery razy.
Późnym wieczorem udało nam się wyrwać z domu i wyszliśmy na spacer. Po drodze zadzwoniłam do mamy, by podzielić się z nią radosną nowiną, ale ona nie wydawała się zaskoczona. Tsvetan nie protestował, kiedy nasza rozmowa się przeciągnęła. Wiedział, jak ważne jest dla mnie i dla mojej mamy, by dzielić się ze sobą takimi wiadomościami. Już raz byłam zaręczona, a ona o tym nie wiedziała. Tak samo jak o tym, że jestem w ciąży i później, że poroniłam. Dlatego teraz dzieliłam się z nią wydarzeniami, które miały miejsce w moim życiu, a w których ona nie brała udziału. Nie znaczy to, że mówiłam jej o wszystkim.
-         Pamiętasz, jak się poznaliśmy? – zaśmiał się Ceco.
Spojrzałam na niego z wyrzutem. Jak mógł pytać? Od tamtego dnia mam skrzywionego małego palca u stopy.
-         Jasne. Nie zapominaj, że od tamtego czasu jestem kaleką – odpowiedziałam złośliwie. – Przyszłam na Wasz trening, a Ty, oczywiście spóźniony po raz któryś z rzędu, wpadłeś na mnie i staranowałeś mi stopę – dokończyłam, na co on wybuchnął śmiechem.
Ja również się roześmiałam. Przez niego musiałam dwa tygodnie nosić gips na stopie, a i tak mały palec jest krzywy. Szliśmy, śmiejąc się, a Tsvetan bawił się moją dłonią i wywijał nią w różne strony. Nie chcieliśmy jednak zbyt długo przebywać poza domem, w końcu nie po to przyjechaliśmy, więc zawróciliśmy i godzinę po wyjściu, byliśmy z powrotem. Położyliśmy się spać dopiero nad ranem, ale nie przeszkadzało mi to, bo dawno nie czułam się, jak dzisiaj i nie miałam ochoty, by dzień się skończył.
W Sylwestra byliśmy już z moją rodziną w Caerphilly i razem świętowaliśmy koniec jednego roku, a początek drugiego. O północy wypiliśmy szampana, a później zabrałam Tsvetana na zamek, który chciałam mu pokazać o tej wyjątkowej porze. Widział go już w dzień, ale zwiedzanie specjalnie zostawiłam na noc. Kiedy wędrowaliśmy między murami, czułam, że nareszcie wszystko jest na swoim miejscu i choć nie było przy mnie Aarona, nie miałam wrażenia, że czegoś mi brakuje. Już nie.
-         Wiesz, jakie jest moje marzenie? – zagadnęłam.
-         Wiem – odpowiedział zuchwale, a ja posłałam mu kpiące spojrzenie. – Chciałabyś wziąć ślub na tym zamku – powiedział.
Zamknęłam oczy, niepewna, czy oby znów nie jestem zbyt szczęśliwa, by los zabrał mi wszystko brutalnie po raz drugi. Tsvetan chyba odgadł, co się ze mną dzieje, bo przytulił mnie do siebie i wyszeptał, że tak ma być i nic tego nie zepsuje. Uwierzyłam mu. Przypomniało mi się, że kiedyś Aaron obiecał mi, że wszystko będzie dobrze, ale wtedy nie uwierzyłam w jego słowa. I między nami nie będzie już nigdy dobrze. Tsvetanowi natomiast uwierzyłam od razu. Jeśli mówi, że mam się nie martwić, nie będę. Pocałowałam go w momencie, w którym nad naszymi głowami wybuchły ostatnie fajerwerki. Wiem, że przyszłość nie będzie tak piękna i kolorowa, jak te sztuczne ognie, ale nie boję się jej. Po raz pierwszy nie obawiam się tego, co przyniesie jutro.
Kilka dni później wróciliśmy do Krakowa i zanim Tsvetan wrócił do treningów, udało nam się ustalić, że ślub weźmiemy w czerwcu. Później on wyjechał z drużyną na obóz treningowy, a ja na kolejne dni zadomowiłam się w Caerphilly, u rodziców, i załatwiałam wszystkie sprawy związane z weselem, przy których potrzebna była moja obecność na miejscu. Kiedy wróciłam do Krakowa, powitał mnie stęskniony narzeczony i wielki bukiet kwiatów. Kolejne dni upływały pod znakiem treningów, później, w lutym, przyszła Liga Europejska, Ekstraklasa, treningi, załatwianie szczegółów związanych ze ślubem, przy których mimo ograniczonej ilości czasu, zawsze obecny był Tsvetan. Z niczym nie zostawił mnie samej. Jedynie o sukni nic nie wiedział, ale o tej nie miałam pojęcia nawet ja, bo mama zdjęła ze mnie miarę, a ja zgodziłam się, by zaprojektowała i uszyła sukienkę. Zawsze tego chciała, a ja nie umiałam jej odmówić. W drugiej połowie lutego lista gości była już ustalona, a ja, będąc przeziębioną, wypełniałam zaproszenia, by je później rozesłać. Tylko kilka z nich czekało, aż zostaną osobiście dostarczone. Na początku marca zawitałam na kilka godzin do Londynu i po raz kolejny pojawiłam się przed The Emirates. Aaron nie zwrócił na mnie uwagi, widział mnie z daleka, ale nie dał po sobie poznać, że mnie rozpoznał. Poza tym nie on był celem mojej wizyty, a Jack. Był zaskoczony, kiedy wręczałam mu zaproszenie. Wziął je ode mnie, uważnie przeczytał, a później spojrzał mi w oczy.
-         On Cię nadal kocha – powiedział.
Wiedziałam, o kim mówi, ale udawałam, że jest inaczej.
-         Nie wiem, jak możesz mu to robić. Jak możesz robić to sobie. Zrezygnujesz z miłości do Aarona, dla innego. Nawet nie wiesz, jak on przeżywa to, że nie jesteście razem.. A teraz Ty bierzesz ślub.. Ale jeszcze nie jest za późno..
-         Jack! – przerwałam mu. – Między mną i Aaronem wszystko skończone.
-         Ranisz go.. Nie każ mi...
-         Czego mam Ci nie kazać? Wybierać? Nie muszę. Ty już wybrałeś – powiedziałam, odwróciłam się i odeszłam.
Wiedziałam, że to się może tak skończy. Jack będzie lojalny wobec Aarona, a mnie będzie obarczał winą za całe nieszczęście przyjaciela.
Cieszyłam się, kiedy wieczorem byłam znów w Krakowie i mogłam przytulić się do osoby, która naprawdę mnie kochała, bez względu na to, co się działo. Tsvetan na początku naszej znajomości wiedział, jak wygląda moje życie, że próbuję walczyć o utraconą miłość. Wspierał mnie, oferował pomoc, po prostu był przy mnie. Z czasem sprawił, że to jego pokochałam, a uczucie do Aarona, kiedyś silne, zbladło.
Kolejne miesiące minęły nadzwyczaj szybko, czas uciekał jak szalony, a my praktycznie nie zauważyliśmy, kiedy skończyła się liga, którą Wisła po raz kolejny wygrała. Czas przepłynął nam między palcami, zostawiając jedynie ślad w postaci medali Mistrzostwa Polski i wygranej Ligi Europejskiej. Pod koniec maja wyjechaliśmy do Walii, by na miejscu zająć się ostatnimi sprawami związanymi ze ślubem. Razem z nami, w Caerphilly, pojawili się najbliżsi Tsvetana, a nasze mamy od razu znalazły wspólny język. Obu najbardziej przeszkadzało to, że nie mają zielonego pojęcia, jak będzie wyglądał ślub, bo nie zostały dopuszczone do przygotowań. Nie chcieliśmy wciągać w to rodziców, to miał być nasz dzień, który sami przygotujemy, a później będziemy się nim cieszyć. W związku z tym byliśmy zabiegani, ale nie narzekaliśmy. W przeddzień wesela kładliśmy się do łóżka zmęczeni, ale zadowoleni i pewni, że jutro wszystko będzie tak, jak zaplanowaliśmy. Tej nocy księżyc zniknął całkowicie, powodując, że w pokoju po zgaszeniu światła zapanowały egipskie ciemności. Żadne z nas jednak nie potrzebowało światła. Tsvetan leżał tuż obok mnie i głaskał mnie po policzku, jednocześnie całując w szyję, a ja wodziłam dłonią po jego napiętym brzuchu.
-         Jestem w ciąży – wyszeptałam.
Tsvetan na chwilę znieruchomiał, a później, mimo ciemności, zobaczyłam, jak oczy świecą mu się ze szczęścia. Pocałował mnie, aż zabrakło mi tchu, a później położył dłonie na brzuchu.
Rano, kiedy otworzyłam oczy, Tsvetana już przy mnie nie było, na poduszce leżała jedynie kartka z krótką wiadomością.
„Porwali mnie z samego rana. Kocham Cię. Do zobaczenia. Twój Ceco”
Uśmiechnęłam się i ukryłam świstek w szufladzie, żeby nie zginął w zamieszaniu, które już za chwilę miało się tutaj zacząć. Wiele się nie pomyliłam, bo kilka minut później po pokoju wpadły obie mamy i moja jedyna przyjaciółka, Tal, żona Maora. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć moją suknię, której wszystkie poprawki odbywały się przy moich zawiązanych oczach. Kiedy mama ściągnęła pokrowiec, w oczach stanęły mi łzy. Takiego cuda nie widziałam nigdy wcześniej. Wkrótce po tym obie mamy wyszły, a my z Tal zajęłyśmy się przygotowaniami. Dziewczyna upinała swoje włosy w czasie, kiedy ja poprawiałam moje lokówką i układałam je kaskadami na plecach. Trzy godziny później Tal była już gotowa, a ja stałam w szlafroku przed lustrem i przyglądałam się swojej figurze. Nie musiałam się martwić, że nie zmieszczę się w suknię, ale mimo wszystko zastanawiałam się, czy Tsvetan nie ucieknie sprzed ołtarza, kiedy mnie zobaczy. W końcu zostałam w samej bieliźnie, a kilka minut później miałam już na sobie suknię. Była śnieżnobiała, bez ramiączek, z przodu idealnie gładka, z tyłu od samej góry, aż do zakończenia trenu ciągnęła się aplikacja wyszyta czerwonymi nićmi, która przestawiała przeróżne sploty, które układały się w dwa imiona: Natalia i Tsvetan. I tak przez całą długość, by zakończyć się nazwiskiem: Genkov. Całą siłą woli powstrzymywałam łzy, które cisnęły mi się do oczu, bo nie chciałam zniszczyć delikatnego makijażu. Podziwiając suknię, nie zauważyłam nawet, kiedy w pokoju pojawiła się moja mama z mamą Tsvetana.
-         Jest piękna, dziękuję – powiedziałam.
-         Te litery z tyłu to pomysł mamy Tsvetana – wyjaśniła moja rodzicielka.
Ostrożnie uściskałam je obie, ale nawet ten drobny gest nie był w stanie wyrazić, jak bardzo jestem wdzięczna. Im obu. I Tal, która od tak dawna jest przy mnie. Sięgnęłam do toaletki i wyciągnęłam z niej naszyjnik, który czekał w szufladzie, aż znów zostanie założony.
-         Dostałam go od mojej najlepszej przyjaciółki dawno temu, ale jej już nie ma. Chciałabym, żebyś Ty go miała – powiedziałam i zapięłam Tal wisiorek, nim zdążyła zaprotestować.
Dotknęła go i przytuliła mnie w podzięce, bo doskonale zdawała sobie sprawę, co to za ozdoba i ile dla mnie znaczy. Mama Tsvetana wręczyła mi dwa srebrne grzebienie z niebieskimi oczkami, które Tal wpięła w moje włosy i umocowała nimi welon.
Do kościoła pojechałyśmy we cztery, ponieważ wszyscy inni byli już na miejscu. Tata czekał na mnie w przedsionku, a razem z nim stał tam jeszcze Gordan, który miał być dziś świadkiem Tsvetana. Tal dołączyła do obu panów, a ja przeprosiłam ich jeszcze na moment i wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie stałam na wprost otwartego wejścia, lecz przycupnęłam nieopodal niego. Wciągnęłam głęboko powietrze, wciąż nie mogąc uwierzyć, że dzień taki jak dziś, w ogóle nadszedł, a ja jestem taka szczęśliwa. Zamknęłam oczy, ale otwarłam je niemal natychmiast, bo usłyszałam czyjeś kroki i poczułam obecność jakiejś osoby obok siebie. To był Aaron. Patrzył na mnie, usiłując zmusić mnie do spojrzenia mu w oczy, ale ja tego unikałam. Nie pozwolę mu zepsuć dzisiejszego dnia. Chciałam wejść do kościoła, ale chwycił mnie za rękę i zatrzymał.
-         Gdybym wtedy nie odeszła… być może dzisiaj wszystko byłoby inaczej... – powiedziałam, nadal na niego nie patrząc.
-         To nie odchodź dzisiaj – odpowiedział.
-         Dzisiaj jest już a późno – powiedziałam wyraźnie, spojrzałam na niego i wyrwałam dłoń z jego uścisku.
Weszłam do Kościoła, gdzie wszyscy czekali tylko na mnie. Tata chwycił mnie pod ramię, osoba z organizacji ślubu dała znak organiście, który zaczął grać i świadkowie ruszyli między ławkami. Kiedy byli na swoich miejscach, muzyka zmieniła się i to ja z tatą postawiliśmy kroki w głównej nawie. Wszyscy odwracali twarze w naszą stronę, ale nie patrzyłam na nich, spoglądając na cel mojej wędrówki, gdzie czekał na mnie Tsvetan. Uśmiechał się, więc i ja uśmiechnęłam się do niego. Byłam najszczęśliwszą osobą na ziemi, kiedy razem z Tsvetanem wychodziliśmy z kościoła, a na naszych palcach lśniły obrączki. Goście, odpowiednio wcześniej poinformowani, podeszli do nas, by złożyć życzenia, a my przyjmowaliśmy je z uśmiechami na ustach. Później ceremonia przeniosła się w miejsce dla mnie szczególne, czyli na zamek. Niestety nie mogliśmy wziąć na nim ślubu, musieliśmy zadowolić się przyjęciem weselnym. Nie przeszkodziło to nam jednak w tym, żeby tutaj wygłosić nasze własne przemówienia, które przygotowaliśmy wcześniej. Wszyscy goście zostali poczęstowani szampanem, a my stanęliśmy przy torcie i popatrzyliśmy na siebie, dodając sobie nawzajem otuchy.
-         Tsvetan. Kocham Cię. Wiem, że te słowa są oklepane, zwyczajne, ale dla nas wyjątkowe. Nie mówiłam Ci tego często, ale tak właśnie jest. Jesteś też najważniejszą osobą w moim życiu – popatrzyłam na niego. – Jedną z dwóch – wtrącił, a ja się uśmiechnęłam. – Jedną z dwóch. Byłeś przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam, kiedy moje życie było jednym znakiem zapytania. Pojawiłeś się w nim i obdarowałeś gipsem na stopie – uśmiechnął się złośliwie, a goście się zaśmiali. – Dziękuję, że stoisz dzisiaj przy mnie, że uwierzyłeś w nasze uczucie i dałeś mu szansę. Wiem, że przyszłość nie będzie tak piękna i kolorowa jak fajerwerki, ale po raz pierwszy, nie boję się jej. Uwierzyłam Ci, kiedy powiedziałeś, że mamy być szczęśliwi, że będziemy szczęśliwi – wzięłam głęboki oddech.
Tsvetan pocałował mnie, a później sam zaczął mówić.
-         Natalio. Też Cię kocham. Długo walczyłem ze sobą, później z Tobą, żeby to uczucie przetrwało. Ale jak to napastnik, nie poddaję się. To wszystko, co powiedziałaś, jest piękne i nie wiem, co ja mógłbym dodać, żeby się nie powtarzać. Jesteś moim Słońcem, moim księżycem, fajerwerkiem wybuchającym nad głową. Widok Twojej twarzy, na której maluje się bezpieczeństwo, kiedy Cię przytulam jest tym, dla czego warto żyć. Kiedyś przeczytałem na wiślackiej naklejce takie słowa: Zstąpiliśmy z niebios, by uczynić świat piękniejszym. I wiesz, co? To Ty zstąpiłaś z niebios i uczyniłaś moje życie piękniejszym. Co do przyszłości, będzie piękna i kolorowa jak fajerwerki nad naszymi głowami w sylwestrową noc. Kocham Cię.
Skończył i pocałował mnie, a goście wznieśli toast i wypili szampana. Wesele toczyło się według zaplanowanego przez nas rytmu, dlatego zaraz po toaście pokroiliśmy tort i roznieśliśmy go między gości, częstując ich tym, co Gordan przygotował na dzisiejszy dzień. Tak, tort był jednym z prezentów. Tym razem od Bunozy, który chciał zrobić dla nas coś wyjątkowego. Udało mu się.
Zabrzmiała muzyka, a my rozpoczęliśmy pierwszy taniec do nut starej bułgarskiej piosenki o miłości. To było nasze kilka minut. Tsvetan kołysał mnie w swoich ramionach, powodując, że po raz kolejny zapominałam o reszcie świata. Kiedy jednak myślałam, że udało mi się zapomnieć, świat powrócił w postaci jednej osoby.
-         Żałujesz, że nie ma go tutaj. Że nie cieszy się razem z Tobą – Tsvetan nie pytał. On po prostu stwierdził fakt.
Skinęłam głową, bo nie było sensu w udawaniu, że jest inaczej. Ten dzień i tak był piękny, ale gdybym wiedziała, że pewna osoba cieszy się razem ze mną, byłoby jeszcze lepiej. Wiedziałam jednak, że nie mam co liczyć na Aarona, który nagle przypomniał sobie, że mnie kocha. Potrząsnęłam głową i pocałowałam Tsvetana. Kolejne dwie piosenki tańczyliśmy z rodzicami, a później w objęcia porwał mnie Maor, który koniecznie chciał mi powiedzieć, jak pięknie wyglądamy z Tsvetanem i jak bardzo mnie lubi za to, że dzięki mnie Ceco jest szczęśliwy.
Później pozwoliliśmy gościom bawić się wedle własnego uznania, mogli tańczyć lub siedzieć przy stolikach, gdzie czekał na nich pełen poczęstunek, a kelnerzy krążyli wokół i pilnowali, by nigdzie niczego nie brakowało. My tymczasem razem ze świadkami przeszliśmy w trochę inną część zamku, gdzie robiliśmy zdjęcia do albumów. Wróciliśmy tak szybko, że nikt nie zdążył zauważyć naszej nieobecności. Usiedliśmy we czwórkę przy „naszym” stoliku i jedząc, pogrążyliśmy się w rozmowie i obserwowaniu gości. Zatańczyliśmy z Tsvetanem jeszcze kilka tańców, ale później wróciliśmy do stolika. O osiemnastej pozbyłam się welonu, którego szczęśliwą posiadaczką stała się jedna z kuzynek Ceco, a on rzucił muchę wprost w ręce zaskoczonego Buno.
Kiedy siedzieliśmy ponownie przy stoliku, a Tsvetan bawił się moimi włosami, gdzieś w torebce, która leżała ukryta pod kwiatami, rozdzwonił się mój telefon. Zaciekawiona, kto to, odebrałam. Oboje odeszliśmy trochę na bok, żebym mogła lepiej słyszeć rozmówcę. To, co usłyszałam, sprawiło, że zmiękły mi kolana i gdyby nie refleks Ceco, upadłabym.
-         Pojedziesz ze mną do szpitala? – spytałam słabo.
Skinął głową nie pytając, co się stało. Zabraliśmy samochód, którym mieliśmy stąd odjechać kilka godzin później, Tsvetan prowadził, a ja tłumaczyłam mu drogę. Kilkanaście minut później byliśmy na miejscu. Wbiegłam do budynku i złapałam pierwszą pielęgniarkę, jaka przechodziła.
-         Aaron Ramsey, przywieziony z wypadku – powiedziałam.
Zrozumiała, że chcę wiedzieć, co z nim i gdzie on jest. Zaprowadziła nas na korytarz prowadzący na salę operacyjną i tam zostawiła. Tsvetan przytulił mnie do siebie, a ja siedziałam odrętwiała i zastanawiałam się, co się dzieje. Co to za głupi żart postanowił mi spłatać Rambo. To jednak nie był żart, o czym pół godziny później poinformował mnie lekarz, który wyszedł z sali operacyjnej.
-         Co z nim panie doktorze? – spytał Tsvetan, bo ja nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu.
-         Jeszcze żyje – usłyszałam.
Tsvetan chwilę rozmawiał z lekarzem, podał mu numer rodziców Aarona, który znalazł w mojej komórce, a później przygarnął mnie mocniej do siebie. Zrozumiałam, dlaczego. Obok nas przewozili Aarona. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. Był cały pokiereszowany, nie było w nim nic z tego pełnego życia chłopaka, jakim był tak niedawno.
Aaron został przewieziony na salę, a ja nie zważając na zakazy, weszłam do niego i usiadłam przy jego łóżku. Czułam wzrok Tsvetana, który obserwował mnie przez szybę. Niedługo potem obok mnie znaleźli się rodzice i brat Aarona. Widziałam pełne wyrzutu spojrzenia jego mamy, które posyłane były w moją stronę, więc spojrzeniem ubłagałam Tsvetana, by był przy mnie. Trzymałam dłoń Aarona w swojej, a Tsvetan mnie przytulał. Spędziliśmy tak kilkanaście minut. Kilkanaście krótkich minut, podczas których z Aarona uszło całe życie. Nie mogłam w to uwierzyć, nie potrafiłam się z tym pogodzić. Tsvetan wyprowadził mnie z sali i zamknął w objęciach, ale, choć próbował, nie mógł zmniejszyć mojego cierpienia. Najpiękniejszy dzień mojego życia już nim nie był.
-         Chodźmy stąd. Proszę Cię, zabierz mnie gdzieś – powiedziałam w końcu.
Tsvetan spełnił moją prośbę i, nadal mnie obejmując, skierował nas ku wyjściu. Na parkingu podbiegł do nas Josh. Bez słowa przytuliłam się do niego.
-         To nie Twoja wina – wyszeptał.
Chwilę później znów stałam w objęciach Tsvetana, a później siedziałam w samochodzie, który on gdzieś prowadził. Wpatrywałam się w Ceco i powtarzałam w myślach, że nie mogę stracić również jego. Czuł mój niepokój, bo pogłaskał mnie po dłoni i posłał krzepiący uśmiech, którego ja nie byłam w stanie odwzajemnić. Nie kochałam Aarona tak, jak kochałam go dawniej, ale to nie zmienia faktu, że trudno będzie mi pogodzić się z jego śmiercią. Rambo był moim przyjacielem odkąd pamiętam, jeszcze jako dzieci bawiliśmy się razem. A teraz go nie ma.
Okazało się, że Tsvetan po prostu wracał do domu. Nie wiózł nas w jakieś dziwne miejsce, lecz kierował samochód do Caerphilly, gdzie czekali rodzice. Nie czekali. Wciąż byli na przyjęciu weselnym. Moim i Tsvetana. Naszym. Ceco jednak wiedział, że nie chcę tam wracać, dlatego kilka minut później zaparkował samochód na podjeździe przed domem moich rodziców. Pomógł mi wysiąść, a później zaniósł do domu. Tak, zaniósł. Nie prosiłam go o to, nie dałam żadnego znaku, że nie dam rady iść. On po prostu chwycił mnie w ramiona i zaniósł do pokoju, w którym ostatniej nocy byliśmy tacy szczęśliwi. Pomógł mi ściągnąć suknię, którą odłożyłam na wieszak, a zamiast niej wciągnęłam na siebie krótkie spodenki i koszulkę Tsvetana. On w tym czasie pozbył się garnituru i również zmienił ubranie na bardziej wygodne. Nie potrafiłam zasnąć, wiedziałam, że tej nocy nie zmrużę oka, więc nawet nie kładłam się do łóżka. Zamiast tego wyszłam na balkon i wpatrywałam się w dal, gdzie majaczyły światła zamku. Tsvetan stał za mną i przytulał do siebie.
-         Tsvetan.. – zaczęłam nieśmiało.  – Kocham Cię. Nigdy nie czułam się tak bezpieczna jak przy Tobie. Jesteś dla mnie najważniejszy. Nie tylko dziś i nie od dziś. Jesteś dla mnie najważniejszy odkąd niosłeś mnie do samochodu, kiedy na siebie wpadliśmy, a Ty później odwoziłeś mnie do szpitala. I nic tego nie zmieni. Muszę Ci coś jeszcze powiedzieć – zaczerpnęłam powietrza. – Aarona nie kocham mniej więcej od czasu, kiedy poznałam Ciebie. Ale to nie zmienia faktu, że znaliśmy się całe moje życie i jego strata boli. Ale wiedz, że kocham Ciebie.

Poczułam usta Tsvetana na szyi, a jego dłonie jeszcze mocniej przygniatały mnie do jego ciała, jakby w odpowiedzi na to, jak moje ciało lgnęło do niego, jak potrzebowało tej odrobiny bliskości.
-         Ja też Cię kocham – odpowiedział.
Odwróciłam się w jego stronę i pocałowałam go, a później wróciliśmy do pokoju. Choć wiedziałam, że nie zasnę, położyłam się z Tsvetanem do łóżka. Pozwoliłam mu się przytulić i głaskać dłonią po policzku. Przetrwaliśmy tak całą noc, słyszeliśmy, jak nasi rodzice wracają do domu, jak jeszcze bawią się w salonie i później rozchodzą do pokoi, ale żadne z nas nie zeszło do nich, nie dało znaku, że słyszeliśmy ich powrót.
-         To mimo wszystko był najpiękniejszy dzień mojego życia – powiedziałam, kiedy pierwsze promienie słońca nieśmiało wdzierały się do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe.
*
oD autorki: I jest. Ostatni już. Dedykowany Wam trzem: Uśka, mYh i Kate, w podziękowaniu, że dotrwałyście ze mną do końca, choć nie zawsze było różowo i odcinki nie zachwycały. Wasze komentarze motywowały mnie do pisania kolejnych odcinków, do pisania ich lepiej, ale czas się rozstać.
Jakiś czas temu nadeszła chwila, w której moja fascynacja Aaronem gdzieś się ulotniła, straciła swoją moc. To opowiadanie było moim snem, marzeniem, które nigdy nie miało się spełnić, ale wypełniało kolorem szarą rzeczywistość. Historia Aarona i Natalii zawsze będzie częścią mnie, ale częścią, która odeszła w przeszłość.
Dziękuję Wam bardzo za każdą chwilę spędzoną na czytaniu moich wypocin, na komentowaniu ich, ale też za każdą rozmowę na GG czy Twitterze (Uśka, mYh), bo one bardzo wiele mi dały.
Niedawno mówiłam, że trudno rozstać mi się z tą historią. Nie kłamałam. Nadal tak jest, ale wolę zrobić to teraz, kiedy jeszcze umiałam napisać odcinek, który mnie samej się spodoba.
Kiedy ponad rok temu zaczynałam pisać, nie spodziewałam się, że uda mi się kontynuować tę historię tak długo, ani że będzie dla mnie tak ważna.
Dziś przyszedł czas pożegnać się z blogiem m-a-y, jak pożegnałam Aarona w mojej komórce i komputerze. Ale nie żegnam się z Wami. Nie znikam też na dobre z blogowego świata, wręcz przeciwnie, zaczynam nowy rozdział, nową historię, która już ruszyła, a można ją znaleźć pod adresem nie-czekolada.blog.onet.pl Chyba tyle ode mnie.
Dziękuję Wam.
nana930 (MAY)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Reszta mojego mieszkania wyglądała tak, jakby ktoś je umeblował, ale nigdy w nim nie mieszkał. Nawet moje rzeczy były nierozpakowane, wciąż leżały w torbach. Cieszyłam się z tego, bo przynajmniej mogłam odwlekać chwilę, w której się z nimi zmierzę. Tymczasem zebrałam się na odwagę i włączyłam telefon. Powitały mnie na nim tysiące nieodebranych połączeń, w tym najwięcej od mamy. Pisała też sms’y, prosiła, bym się odezwała. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo się o mnie martwi, jak czeka na jakikolwiek znak ode mnie, że jeszcze żyję, zebrały mi się łzy w oczach. Nie pamiętałam mojej mamy, ale jestem pewna, że bardzo ją kocham, a ona kocha mnie. Tak, jak tata, obie babcie i dziadkowie. Wszyscy dzwonili, pisali, zostawiali wiadomości głosowe. Cały dzień spędziłam wpatrując się w telefon i szukając odwagi, by go użyć. Wieczorem postanowiłam, że muszę coś zrobić, nie mogę pozwolić, by ci wszyscy ludzie nadal się o mnie martwili. Wybrałam numer mamy i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Chciałam się rozłączyć jeszcze zanim zabrzmiał pierwszy sygnał, ale palce mi zdrętwiały, nie potrafiłam się ruszyć.
-         Natalia? – usłyszałam zatroskany głos mamy. Mojej mamy, która mnie kocha, która się o mnie martwi.
W moim gardle pojawiła się wielka gula, a powstrzymywane łzy spłynęły po policzkach.
-         Mamusiu.. Przyjedziesz po mnie? Jestem w Londynie, w moim mieszkaniu.. Proszę.. – wychlipałam.
Rozpłakałam się i usłyszałam, jak po drugiej stronie mama również szlocha.
-         Oczywiście Kochanie. Będę jutro, dobrze? –spytała.
-         Czekam. Kocham Was – powiedziałam.
Rozłączyłam się, a telefon wyślizgnął się z mojej dłoni i upadł na podłogę, powodując hałas, który rozległ się po całym mieszkaniu.
Nie mogłam spać, więc rano podniosłam się z kanapy, na której spędziłam całą noc oglądając filmy i poszłam do łazienki. Nie chciałam wystraszyć mamy wyglądem, dlatego postarałam się doprowadzić moje ciało, a przede wszystkim twarz, do porządku. Mimo to wiedziałam, że nie wyglądam najlepiej, ale nic więcej nie mogłam zrobić. O ósmej skończyłam ukrywać mankamenty wyglądu i wyszłam do sklepu, żeby kupić coś do jedzenia. Zrobiłam to tylko dlatego, żeby nie martwić mamy. Kiedy wróciłam, upchałam zakupy w kuchni, by wyglądały, jakby były tam już wcześniej, a później usiadłam na barowym krześle, oparłam dłonie o blat i wpatrywałam się dal za oknem. Wczesnym popołudniem usłyszałam dzwonek i pobiegłam otworzyć. Za progiem stała kobieta, w której od razu rozpoznałam moją matkę. Rozpłakałam się na jej widok, a ona przytuliła mnie i razem weszłyśmy do mieszkania. Zaprowadziłam ją do salonu, gdzie usiadłyśmy na kanapie, a ona powiedziała mi, że za godzinę pojedziemy na lotnisko i jeszcze dziś będę w domu.
-         Miałam wypadek. W październiku – zaczęłam.
Nie przerywała mi, a ja opowiedziałam jej ogólnie, co się stało, że nie było ze mną kontaktu przez tak długi czas.
Na lotnisku byłam już spokojna, a obok mnie stała mama, która cały czas uśmiechała się do mnie krzepiąco i opowiadała historie z mojego dzieciństwa. Byłam jej za to wdzięczna, bo dzięki temu miałam nadzieję odzyskać choć część wspomnień.
...
Aaron właśnie czekał na swój lot do Cardiff, kiedy w tłumie dostrzegł znajomą postać. A przynajmniej tak mu się wydawało. Miał wrażenie, że widzi mamę Natalii i a także ją samą. Nie był pewien, czy to nie jest tylko przywidzenie wywołane tęsknotą, ale po jakimś czasie utwierdził się w przekonaniu, że jednak widzi Natalię. Obie kobiety kierowały się ku wyjściu na lot do Krakowa, co tylko dodało mu pewności. Nie chciał o tym myśleć, ale jego mózg uparcie podsuwał mu jedno zdanie. Była w Londynie. Była w Londynie przez cały ten czas. Nie mógł uwierzyć, że osiem miesięcy spędził w mieście, w którym była również ona, że być może mijał ją na ulicy, nawet o tym nie wiedząc. Mógł ją spotkać gdziekolwiek, mogli porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko. Tymczasem ona żyła gdzieś obok i najwyraźniej nie miała ochoty go widzieć. Pewnie już zapomniała o tym, że obiecała powrót, że zostawiła go z „Kocham Cię” napisanym w pożegnalnym liście. Pomylił się odnośnie tego, ile dla niej znaczył, skoro przez tak długi czas nie odezwała się do niego i ignorowała telefony.
...
Wieczorem byłam już w domu, w objęciach rodziców, babci i dziadka, a drudzy dziadkowie zapowiedzieli swoją wizytę najszybciej, jak tylko się da. Cieszyłam się towarzystwem rodziny, ale byłam też zmęczona i znużona nieustannym bólem głowy, który pojawił się podczas lotu. Od tamtego czasu wracały wspomnienia z dzieciństwa, a moja głowa nie potrafiła sobie z nimi poradzić i nieustannie bolała. Do łóżka położyłam się wcześniej niż zwykle i, ku mojemu zdumieniu, zasnęłam niemal natychmiast. Nie śniło mi się też nic, co byłoby wspomnieniami, przeszłością. Po raz pierwszy od dawna noc upłynęła mi spokojnie.
* Lipiec *
Od dwóch tygodni codziennie jestem w Krakowie. Tata, chcąc mi jakoś ulżyć, zabrał mnie na spacer po mieście i trafiliśmy wtedy również na Reymonta, stadion Mistrza Polski i dopiero tam poczułam się naprawdę spokojna, uszły ze mnie wszystkie niepokoje i miałam wrażenie, że jestem na swoim miejscu. Dlatego od dwóch tygodni codziennie tutaj wracałam i jeśli tylko mogłam obserwowałam treningi, a jeśli nie, to spędzałam czas w Strefie Kibica i spoglądałam na trybuny, murawę. Nikomu na szczęście nie przeszkadzała moja obecność, a panowie ochroniarze byli na tyle mili, że nie przeszkadzali mi, kiedy wystawałam tam po kilka godzin. Czasami zagadywali, opowiadali coś ciekawego o klubie, piłkarzach. I jeśli tylko to, co mówili, nie odnosiło się do ostatnich dziewięciu miesięcy, miałam wrażenie, że to wiem, że  tym słyszałam. Ostatnio też sama raczyłam ich ciekawostkami. Kiedy przy kolacji opowiadałam rodzicom, jak mi minął dzień, tata uświadomił mi, że przez trzy lata, które tutaj mieszkałam, nie opuściłam ani jednego meczu Wisły. To by tłumaczyło, dlaczego tyle wiem o tym klubie, dlaczego tak lubię przebywać na stadionie i w ogóle.
* Grudzień *
Wiem o sobie na tyle dużo i jestem pewna tego, co zamierzam, że nareszcie postanowiłam wprowadzić plany w życie. Muszę jechać do Londynu na kilka dni. Rodziców i dziadków namówiłam na kilkudniowy wyjazd, a sama wybieram się do stolicy Anglii. Najwyższy czas pozałatwiać wszystkie swoje sprawy. Nie mogę w nieskończoność czytać wpisów o Aaronie i śledzić jego Twittera, którego zresztą i tak zaniedbuje. Jeśli z nim nie porozmawiam teraz, może zabraknąć mi odwagi, by zrobić to kiedykolwiek.
Uzbrojona w maleńką torbę i kartkę z adresem Aarona pojawiłam się w jego bloku i usiadłam na schodach przed drzwiami mieszkania. Wiedziałam, że go nie ma, bo kiedy tutaj jechałam, kierowca słuchał w radio relacji z meczu Arsenalu z Chelsea. Kanonierzy przegrywali 3:0 już w 32 minucie.
Czekałam i czekałam, ale nie zamierzałam nigdzie się ruszyć, bo bałam się, że już tutaj nie wrócę. Wpatrywałam się w stopnie i liczyłam je wciąż od nowa, żeby tylko zabić czas. W końcu usłyszałam, jak ktoś wysiada z windy, a kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam torbę Arsenalu i trzymającego ją Aarona. Zamarł na mój widok.
-         Cześć – zaczęłam nieśmiało, jak tylko się podniosłam.
-         Co Ty tutaj robisz? – spytał oschle.
Nie zraził mnie jego wrogi ton, bo właśnie czegoś takiego się spodziewałam.
-         Możemy porozmawiać? – spróbowałam.
Popatrzył na mnie ze zdziwieniem i poirytowaniem jednocześnie.
-         Nie mamy o czym – odparł.
To też przewidziałam. Jak może chcieć ze mną rozmawiać, skoro nie miał ze mną kontaktu przez ponad rok.
-         Proszę. Chcę Ci wytłumaczyć, dlaczego mnie nie było – powiedziałam. Sama zauważyłam, że w moim głosie brzmi błagalna nuta. Nie chciałam sobie wyobrażać, jak właśnie wyglądam w jego oczach.
-         Nie chcę słuchać Twoich tłumaczeń. Ale zaczekaj, mam coś dla Ciebie – wyminął mnie i otworzył drzwi mieszkania, w którym zniknął.
Nie weszłam za nim. Czekałam na klatce schodowej, zastanawiając się, co takiego może dla mnie mieć. Na szczęście Aaron szybko wrócił. W ręce miał kartkę i coś srebrnego.
-         Przeczytaj – powiedział i podał mi kartkę.
„Aaron.
Przepraszam Cię za wszystko. Wiem, że jestem tchórzem, ale nie umiem inaczej. Oddaję Ci pierścionek, nie mam prawa go zatrzymywać, ale zostawiam Ci też naszyjnik, który dostałam od Katie. Jeśli mogę Cię o coś prosić, to noś go przy sobie. Chciałabym, żeby przypominał Ci, że zasługujesz na miłość i kogoś, kto będzie godzien Twojego uczucia. Ja nie jestem. Pewnego dnia wrócę po ten wisiorek i mam nadzieję, że wtedy mi wybaczysz i pozwolisz Ci wszystko wytłumaczyć. Kocham Cię jak nigdy nikogo, wiem też, że nikogo nie pokocham jak Ciebie. Wybacz. Natalia” – widniało na papierze. Oddałam mu list, bo jak tylko zauważył, że skończyłam czytać, wyciągnął po niego rękę.
-         Nie pozwolę Ci niczego tłumaczyć. Mogłaś to zrobić już dawno. Widziałem Cię tutaj w czerwcu – powiedział. – Byłyście z Twoją mamą na lotnisku. Tutaj jest naszyjnik od Katie – podał mi ozdobę.
Wzięłam od niego naszyjnik, a kiedy tylko moja dłoń się zamknęła, zamknęły się również drzwi mieszkania. Za Aaronem. Poczułam spływające po policzkach łzy, więc chwyciłam mocniej torbę i czym prędzej stamtąd odeszłam. Schodząc po schodach, niewiele widziałam, dlatego wpadłam na kogoś, kto właśnie wspinał się na górę.
-         Natalia? – padło pytanie.
Podniosłam głowę, gdyż głos ten wydał mi się znajomy.
-         Jack? – odpowiedziałam pytaniem.
To był on. Nie pytał, co tutaj robię, dlaczego mnie nie było przez tyle czasy, lecz po prostu przytulił do siebie i zawrócił, idąc razem ze mną. Bez słowa zabrał mnie do swojego mieszkania i dopiero tam odezwał się po raz drugi.
-         Dlaczego...? – nie dokończył.
Nie musiał. Wiedziałam, o co chce spytać. Dlatego nie prosiłam, by kończył pytanie, lecz opowiedziałam mu wszystko, co pamiętałam, a było tego już znacznie więcej niż choćby w sierpniu. Słuchał mnie uważnie, ani razu nie przerywając, kilka razy jedynie zaczerpnął gwałtowniej powietrza.
-         Zostaniesz na Święta – powiedział, kiedy skończyłam.
Skinęłam głową, bo nie miałam sił, by się z nim sprzeczać, ale w gruncie rzeczy wiedziałam, że muszę wyjechać jak najszybciej. Londyn to nie miejsce dla mnie. Już nie.
Zasnęłam wtulona w Jacka, który głaskał mnie po policzku do momentu aż sam nie popadł w objęcia Morfeusza. Następnego dnia oboje robiliśmy zakupy, Jack już tylko dobierał ostatnie drobiazgi i szukał czegoś dla mnie, ja natomiast poszukiwałam prezentów dla niego, jego siostry i rodziców.
Jeszcze przed kolacją Jack podarował mi piękną czarną sukienkę i szpilki w tym samym kolorze, które miałam założyć na wieczór. Wzruszył mnie jego gest, tym bardziej, że przecież nie musiał się tak zachowywać w stosunku do mnie. Mógł być jak Aaron, zamknąć przede mną drzwi i nie chcieć słuchać jakichkolwiek wyjaśnień. Jednak różnica między nimi była taka, że to Aarona zraniłam bardziej, odchodząc, chociaż tak bardzo go kochałam. Jack był moim przyjacielem i choć byliśmy sobie bliscy, nim nie rządziła miłość, on potrafił mnie zrozumieć.
Rodzinna atmosfera domu Jacka była naprawdę cudowna, przypominała mi dni spędzone we własnym domu, z bliskimi, którym na mnie zależało, na których zależało mnie. Po kolacji przyszedł czas na otwieranie prezentów. Zdziwiłam się, że jest ich dla mnie aż trzy, ale roześmiany Jack powiedział mi, że zdążył uprzedzić rodziców o niespodziewanym gościu i Ci też coś dla mnie mają. Byłam o to na niego zła, bo nie chciałam, by ktokolwiek wydawał na mnie pieniądze, ale moja złość na Jacka, była złością na Jacka, nie jego rodziców, czy siostrę. Kiedy zobaczyłam, co podarował mi młody Wilshere, poczułam łzy w oczach i natychmiast odsunęłam się na bok. Przystanęłam przy szklanych drzwiach wychodzących na taras i udawałam, że spoglądam w ciemny ogród. Tymczasem obracałam w palcach naszyjnik, a zwłaszcza zawieszkę.
"Otworzę ramiona, kiedy tylko będziesz ich potrzebowała.”
Napis wygrawerowano w środku otwieranej, maleńkiej złotej książeczki. Wierzchem dłoni chciałam otrzeć spływające łzy, ale zanim to zrobiłam, Jack powstrzymał moją rękę, odwrócił do siebie i osuszył moje policzki chusteczką, a później przytulił do siebie. Na ręce miał zegarek, który mu kupiłam. Po chwili odsunęłam się od niego i posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił. Wyciągnął mi z dłoni naszyjnik i założył na moją szyję. Jak tylko skończył, znów zamknął mnie w uścisku swoich silnych ramion. Przypomniały mi się chwile, kiedy obejmował mnie Aaron, ale też momenty, zapewne z wakacji, kiedy to Jack przytulał mnie do siebie, a ja czułam, że wszystko się ułoży.
Następnego dnia chciałam wracać do domu, ale uległam namowom Jacka i zostałam jeszcze jeden dzień. Zarezerwowałam bilet na jutrzejszy lot i razem z Anglikiem, pojechałam na trening Arsenalu. Wiedziałam, kogo tam spotkam, ale nie potrafiłam odmówić sobie wizyty na The Emirates. Jack wiedział, ile kosztuje mnie pojawienie się tam i obiecał, że nie pozwoli mi nawet spojrzeć na Aarona. Byłam mu za to wdzięczna, ale nie potrzebowałam aż takiej ochrony. Spędziłam dzień z przyjacielem, a na treningu nikt mnie nie zaczepiał, bo po prostu na niego nie weszłam. Zostałam w samochodzie, a Jack to zrozumiał. W czasie, kiedy on ćwiczył, ja piłam kolejne soki w kawiarni nieopodal. Jak tylko skończył i wyszedł, zadzwonił do mnie, a ja pojawiłam się na parkingu. Wilshere stał już przy samochodzie, będąc bliżej rzuciłam mu kluczyki, którymi otworzył auto zanim ja zdążyłam dojść. Zobaczyłam Aarona, który stał nieopodal...
... Jack spoglądał na mnie, najwyraźniej zdziwiony moją obecnością. Fakt, nie mówiłam, że przyjadę, ale to chyba nie ma znaczenia. Pewna osoba uświadomiła mi, że nie mogę unikać przyjaciół. Dlatego jestem. Od mojego pełnego tragizmu powrotu w życie Jacka minęło pięć miesięcy, ostatni raz widzieliśmy się trzy tygodnie temu, a ja muszę powiedzieć mu coś ważnego. Dlatego czekałam, aż skończy trening, dlatego przyszłam pod The Emirates, choć wiedziałam, że spotkam tutaj Aarona. Jack chwycił mnie w objęcia szczęśliwy, że mnie widzi, a ja również nie kryłam radości ze spotkania z nim. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, zobaczyłam patrzącego na mnie Aarona... Aaron.. Wszystko, czego chcę.. Chciałam. Tak, chciałam. Ale czasami jest tak, że nie możemy mieć tego, czego tak bardzo pragniemy. I tak właśnie było ze mną i Aaronem. Pragnęłam go, był mi potrzebny, bym mogła normalnie żyć. Był.
...
-         Wiedziałem, że kiedyś tak się stanie.. A co z Aaronem?
Jack.. Jak ja mam odpowiedzieć na Twoje pytanie? Co powiedzieć, żeby zabrzmiało to wiarygodnie?
-         Z Aaronem? Nic Jack, nic. Aaron stał się rozdziałem mojego życia. Pięknym, ale tylko rozdziałem, który odszedł do przeszłości. Wiem, że to ja głównie zawiniłam, ale kiedy wróciłam, nawet nie dał mi szansy...  – urwałam.
Jack popatrzył na mnie wzrokiem, w którym nie było zbyt wiele zrozumienia. Dalej nie mógł pojąć, że dziś, zamiast z Aaronem, spotykam się z kimś innym. Kimś, kto dał mi szansę, kogo pokochałam, kto pokochał mnie.
-         Jack.. Jest październik. Dwa lata temu miałam wypadek, o którym Aaron do tej pory nie wie. Nie chciał słuchać moich wyjaśnień, ja to uszanowałam. I tak. Zraniłam go. Wiem o tym, ale teraz to się już nie liczy. Długo o niego walczyłam, próbowałam dotrzeć, porozmawiać. Nie chciał. A ja nareszcie jestem szczęśliwa.
Moje słowa nie trafiały do Jacka. Trudno. Nie miałam szansy tego zmienić.
*
oD autorki: Nie wiem za bardzo, co napisać o dzisiejszym odcinku, więc po prostu zostawiam Was z nim.
nana930 (MAY)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Liczydło

Dodatki na bloga

Ja


Dodaj do ulubionych

Bohaterowie

Księga Gości

Przejrzyj
Wpisz się

PustaMiska - akcja charytatywna

Archiwum

2010
lipiec (1)
grudzień (5)

2011
styczeń (13)
luty (8)
marzec (9)
kwiecień (9)
maj (4)
czerwiec (2)
lipiec (3)
sierpien (4)
wrzesień (6)
październik (8)
listopad (7)
grudzień (5)

2012
styczeń (3)
luty (6)
marzec (1)


Dodatki na bloga

Bywam i należę



Moje
Moje opowiadanie (zakończone)
Moje opowiadanie (zakończone)
Moje opowiadanie (Zakończone)
Moje opowiadanie z Wiślakami w tle

Czytam
mYh
Uśka (zakończone)
Kate
Marina
El Amor Siempre
Uś (zakończone)

Kate drugi
Silver Lining
Kate trzeci
Fluffy
Marina (drugi)
Juanita

Ulubieni
Ciacha.net
Vampire Diaries
Arsenal.com
Kanonierzy
Addicted To Football

Wygląd bloga
Szablony i dodatki na bloga!!
Szablony

Mój Profil

Podlinkuj

brak kategorii (94)
wszystkie (94)









Szablon

Szablon wykonała Gabrielle